środa, 30 kwietnia 2014

Marzenia wracającego






Pobrałem z ImmortalChess




Wymysłom i kłamstwom na blogu J.K nie ma końca ale temu już przestałem się dziwić. Nie jest mi dostępne zrozumienie jak można funkcjonować w takim świecie. Wszystko się przecinacza, zmyśla tylko po to aby mieć "rację".
Dowiedziałem się, że odmawiam merytorycznej dyskusji przykładowo. Zgadza się tylko, że to byłe "merytoryczna dyskusja" a cudzysłów stanowi podstawową różnicę. Ale widocznie tak jak z cytatami tak jest i ze wszystkim na tym blogu.
Jestem jedynym ,który napisał o tzw"przeskakiwaniu debiutu" przez Carlsena zatem jak rozumiem wszelkie szydercze uwagi pod adresem jakichś nieokreślonych trenerów co to zachwalają dotyczą mnie.
Proponuje zapoznanie się z poniższym wpisem:
Tu także użyłem cudzysłowu . Czy ludzie z bloga J.K nie potrafią czytać, czy nie mogą zrozumieć prostych tekstów?
Cudzysłów wskazuje przecież na umowny charakter tego terminu. Wyjaśniłem przecież , że jest to przenośnia bo dosłownie nie daje się przeskoczyć debiutu w sensie pominięcia tej fazy gry.
A tymczasem Panowie wmawiają mnie właśnie, że to ja dosłownie traktuje ten termin. 
Przy tym są podawane zupełnie bezsensowne przykłady owego przeskakiwania w postaci partii Motylew -Wojtaszek! 
Człowiek poszedł na wariant, dostał nowe posunięcie i nie poradził sobie. Gdzie tu przeskakiwanie lub "przeskakiwanie" debiutu? .
Gdyby chciał coś takiego zrobić to nie wszedłby chyba w tak zobowiązującą pozycję.
Ale najłatwiej jest sprzedać kopniaka. A to, że jeden z Panów powtórzył w skrócie to co napisałem na blogu o "przeskakiwaniu" to bez znaczenia. On świetnie to ujął a ja się mylę. Taki paradoks logiczny.
I knajacki język i nienawiść... A może piszę ze "specyficznym smaczkiem"? 
A jak J.K nazwał mnie "małym pikusiem" to rozumiem, że było pieszczotliwie?
I znalazłem się w jednym worku z M. Krasenkowem z uwagi na pogardę dla szarego szachisty itd.
Nigdzie nie pisałem w liczbie mnogiej tylko do Pana K.K z uwagi na jego status w szachach. Przynajmniej tak jak ja to widzę. Proszę mi nie wciskać, ze obrażam słabszych od siebie itd.
Kłamstwo! Nie pierwsze i zapewne nie ostatnie. 
Człowiek krytykuje MASZ, program szkolenia ,trenerów bez odpowiedniej, choćby minimalnej wiedzy na ten temat i uważa, że to normalne! A wszyscy się mylą. A później z mentora zamienia się w ofiarę ataków bo nie wie dlaczego. Czemu jego to spotyka?
I ta demagogia o podatkach i wszystkie te bzdury...
Ale cóż Panowie!. Piszcie tak dalej a niezależnie od ilości wejść ludzie będą śmiać się z Was bo każdy , który potrafi wyciągać wnioski zobaczy co jest na rzeczy.
Takie to marzenia wracającego ( do szachów )...




poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Wężykiem Jasiu!





Pobrałem z ImmortalChess




Ciekawe czy chociaż raz się doczekam, że Pan K.K napisze jakiś tekst z, którego wynikałoby, że wie do czego się odnosi. Chodzi mi o tzw rzetelność, której mu brak. Poprzestanę na braku rzetelności choć nazwałbym to inaczej.
Krytykuje MASZ tak jakby nie czytał co na ten temat napisałem

Z życia MASZ

Wszystkie podstawowe informacje są tam zawarte. Poza tym jak człowiek twierdzi, że interesuje się rozwojem szachów w Polsce to powinien znać regulamin powoływania do MASZ.
Medaliści MP a następnie ME, MŚ , W zależności od rezultatów jakie uzyskują słuchacze istnieje możliwość przedłużenia szkolenia w grupach młodych talentów, intensywnego szkolenia, absolwentów.
Tam właśnie są trudniejsze tematy, odpowiadające poziomowi słuchaczy.
I przewaga debiutowej wiedzy !
Nie mamy środków na opiekę całoroczną a jedynie na ok 30  dni w roku. Najważniejsze jest czy plan pracy , zalecenia jakie dajemy są wykonywane. 
Nawet szkoła Botwinnika była w takiej postaci tylko szansą na zdobycie wiedzy o samodzielnej pracy . 
Były to jak pamiętam 2 albo trzy sesje dwutygodniowe w roku. Uczono tam przede wszystkim samodzielności w pracy. 
Były to zresztą inne, lepsze finansowo czasy dla szachów.
Wszystko to jest opisane a reszty bez trudu można się domyśleć.
Zatem proszę przeczytać i nie powtarzać tych bezpodstawnych zarzutów.
MASZ jest szansą i jeśli ktoś ją wykorzysta to zawsze później wspomina jak było ciekawie i czego się dowiedział. Szczególnie absolwenci podkreślają zapał do pracy nad szachami po każdej sesji. Krytyka w tym przypadku jest wynikiem uprzedzenia i braku informacji, o procesie szkolenia szachisty oraz o realiach w jakich działamy.
Ucz się Jasiu!





niedziela, 27 kwietnia 2014

Kto ich niszczy?






Pobrałem z ImmortaChess




Wprawdzie pisałem o tym kilka razy ale jeszcze raz się odniosę do spiskowej teorii jakoby ktoś niszczył młode talenty szachowe w Polsce. Jest też ciekawy pogląd podawany "w pakiecie" ,że trenerzy w Polsce uczą szachów świetlicowych.
Jak zwykle w takich przypadkach wypowiadają się szczególnie Ci , którzy nie mają pojęcia w czym rzecz i nigdy nie prowadzili zajęć szachowych . Ich aktywność sprowadza się do okazywania złej woli opartej na uprzedzeniu a dalej mechanizm już działa . Wystarczy co jakiś czas powtórzyć bzdurny zestaw przekonań i powstaje złudzenie, że to prawda.
Bo przecież mamy wszyscy prawo do wypowiedzi!
Otóż Ci trenerzy, których znam uczą tych, którzy chcą się uczyć albo tych, których rodzice chcą aby dziecko grało w szachy.
Uczą w szkołach, w domach kultury , prywatnie .
Duża jest różnorodność zarówno podopiecznych jak i trenerów, instruktorów. Zarówno jeśli chodzi o poziom gry jak i poziom aspiracji. 
Znam sytuacje , które wyraźnie wskazują na błędy w szkoleniu ale przecież to bywa wszędzie.
Czasem nawet dobry zawodnik kiedy zostaje trenerem robi poważne błędy w szkoleniu i spowalnia rozwój młodego adepta. Bywa i tak.
Trudno jest to zauważyć rodzicom bo szachy są dość hermetyczne a weryfikacja następuje po przynajmniej rocznym treningu w czasie MP.
Ale wcale nie jest to częste więc nie wiem dlaczego na tych negatywach należałoby się skupiać.
Rozumiem, że zarzut świetlicowego charakteru treningu dotyczy przestarzałych jakoby metod treningowych, brak nowego, świeżego spojrzenia na proces treningu itd. 
To przekonanie nie jest poparte jakimikolwiek argumentami poza tym, że tak jest.
Przekonanie, że ktoś niszczy talenty w polskich szachach jest wymysłem pasującym do spiskowej teorii. I niczym więcej. Ludzie, którzy wciąż o tym opowiadają nie mają żadnych dowodów w postaci chociażby relacji zawodników czy rodziców. Zadałem sobie trud i rozmawiałem przy różnych okazjach na ten temat z zainteresowanymi.
We wszystkich przypadkach a było ich ponad 20 wybór był świadomy. Wybierano pomiędzy szansą na dobrą w miarę stabilną pracę a niewiadomą losu zawodowego szachisty. Aby dojść do wyników trzeba sporo czasu i pieniędzy zainwestować.Aby po ukończeniu wieku juniorskiego trzymać się szachów trzeba mieć albo bogatych rodziców lub dobrego sponsora bo wyjazdy i treningi przecież kosztują a na co dzień też trzeba gdzieś mieszkać i coś jeść.
Dlatego Ci , którzy powinni być jako zawodowcy skoncentrowani na swym rozwoju , trenują innych ,grają w rożnych ligach czyli rozdrabniają się.
To często powtarzany zarzut tylko jak rozwiązać ten problem?
Tego"mędrcy" nie wiedzą. Tylko zalecają i polecają. I znowu Ci sami, którzy nigdy nie grali zawodowo w szachy tylko grzali stołki w tzw. stałej pracy.
Dlatego młodzi studiują, idą do pracy i spora część energii idzie poza "szachowy gwizdek".
Tylko czy to my trenerzy ich do tego namawiamy?
Nikt mnie jeszcze nie pytał o to jaką podjąć decyzje w życiu. Czy wybrać zawodowstwo w szachach czy uczelnię . A nawet gdyby mnie zapytał to odpowiedziałbym , że mogę tylko ocenić potencjał szachowy w tym jednym szczególnym przypadku.
Każdy ma prawo do wypowiedzi a tym bardziej do dokonywania wyboru w życiu.
Cały czas jednak działa nawyk szukania winnych i jak zwykle w takich przypadkach winny się znajdzie!
Tylko ludzie Ci nie zastanawiają się , że nie tworzą niczego pozytywnego .
I zaślepieni z uporem powtarzają zła nowinę wierząc , że to prawda.
I nie reagują na żadne argumenty. Udają, że nic się nie stało. Nie było pytań, które są niewygodne.
To jest obiektywizm i wyważenie racji?
Prawda jak mawiają wyzwala. Ale trzeba się zgodzić na jej przyjęcie.
A mogę zapewnić, że wielu przypadkach z którymi się zetknąłem prawda bywała szokująca ale i oczyszczająca ze złudzeń. Chodzi mi o to co rzeczywiście młodzi robią w domu i na turniejach zarówno jeśli chodzi o szachy jak i niekoniecznie. Ich poziom aspiracji, sposób funkcjonowania itd.
Wymagałoby to osobnego opracowania a ja nie stawiam sobie takiego celu.
Ze zrozumiałych powodów nie będę opisywał poszczególnych przypadków.
Dlatego Ci, którzy nie pracują na co dzień z dziećmi, czy młodzieżą jeśli chcą się wypowiadać na takie tematy powinni zdawać sobie sprawę przede wszystkim z własnych ograniczeń.
Są poza tym światem w którym ja też mam tylko ograniczone rozeznanie. Dlatego nie potępiam nie zalecam i nie udzielam porad . Dużo widziałem i wiem jak trudno jest zobaczyć czyjeś działania, gdy w istocie niewiele wiemy o człowieku. 
Dlatego może czas skończyć z tą nagonką . 






sobota, 26 kwietnia 2014

"A wężowi biada"






Pobrałem z ImmortalChess




Dalej jak zawsze czyli śliski wymyk a tak naprawdę festiwal zakłamania. Co można przeczytać na tzw. sąsiednim blogu? Otóż to co zwykle czyli chamskie zaczepki "Hetmana" i jakiegoś innego anonimowego pół mózga o staniu na głowie. Ten facet nawet nie zastanawia się co pisze. Skąd wiadomo , że stawałem na głowie? Ano z relacji J.K a ten przecież nie kłamie bo ....nie kłamie. No może czasami ale w sumie to itd. A Pan K.K?
Człowieku ogarnij się i odpowiedz na proste pytania a nie snuj opowieści o prawie do wypowiedzi.!
 Ja wiem, że konstytucja nie przewiduje, że jak się kłamie lub zmyśla to trzeba "odszczekać" ale może należałoby? 
Żadnej odpowiedzi tylko udawanie, że nie było pytania. To jakaś choroba jest!
Mój wpis był przecie czytany bo K.K się do niego odnosi. To jak będzie? Ludzie to czytają i zestawią co i jak. I zauważą brak odpowiedzi. I kłamstwo. I co? 
Ano nic  jak zwykle bo trzeba by przyznać się do kłamstwa bądź błędu a to jest niedopuszczalne przecież. Pozostaje tylko czepianie się słówek . Trudno. Ludzie to czytają i ocenią.
"A wężowi biada".






piątek, 25 kwietnia 2014

"Kawa na ławę"





Rysunek Andrzeja Mleczki




To ulubione określenie używane przez  jednego z komentatorów życia szachowego w Polsce.
W związku z tym, że konstytucja gwarantuje swobodę wypowiadania swych poglądów czuje on nieprzepartą potrzebę zajęcia stanowiska w każdej sprawie a szczególnie w tych o których nie ma zielonego pojęcia. Przykładowo repertuaru debiutowego Radka Wojtaszka albo nowoczesnego treningu szachowego.
I jeszcze się upiera, że to jego poglądy. No, to nawet nie jest śmieszne. Niby skąd miałby mieć taką wiedzę?
Nie ma kategorii szachowej nawet i nikogo nie szkolił.
Ale po latach "obróbki" zaczął używać nawet języka swego mentora. " Jak już wielokrotnie pisałem" itd.
I co z tego, że Pan wielokrotnie pisał?
Jak można się było spodziewać ( choć była iskierka nadziei) moje pytania z poprzedniego wpisu pozostały bez odpowiedzi. A ściślej rzecz ujmując spotkały się z odpowiedzią tzw. wymijającą czyli nie na temat.
Ilekroć dochodzi do konkretu ludzie, którzy mają zarzuty w stosunku do mnie, że jestem niekonkretny nagle stosują uniki i piszą nie na temat. Nie podejmują żadnego konkretnego wątku . Pytanie dlaczego? Przecież sami się tego domagają. No ale to tylko w deklaracji. A jak dochodzi co do czego to trzeba odpowiedzieć na pytania. A jak to zrobić, gdy nie ma się żadnych argumentów albo trzeba by przyznać, że się nie ma racji.
W swym kolejnym wpisie nasz bohater widzi mnie chętnie w roli wyrzuconego na bruk ex trenera, który nie ma przecież jako "leśny dziadek " i cham oraz skompromitowany w sieci niczego do powiedzenia i jeszcze może mieć zgubny wpływ na dzieci i młodzież. I to mówi gość, który chamskie teksty Zb. Nagrockiego określa, że mają specyficzny smaczek. 
Człowiek ten naprawdę mniema, że młodzi ludzie nic tylko czytają to wszystko co on pisze czy też ja. A może tak dotrze to do rodziców i skończą współpracę ze mną?
Niech Pan nie ustaje w wysiłkach!
Niech się Pan lepiej zastanowi jaką obłudą jest wytykanie mi niewłaściwej formy wypowiedzi a jednocześnie uważanie, że nazywanie B. Maciei ."największą miernotą polskich szachów" jest ok. To jest ta słynna "kawa na ławę"?
Takich "kwiatków" jest wiele więcej. 
Ale szkoda czasu na analizę. Bzdury były , są i będą powtarzane wciąż ale przez to nie staną się prawdą.
Żadne zaklęcia tu nie pomogą. A traktowanie rodziców i młodzież jak debili też zapewne nie przysporzy Wam zwolenników! 






czwartek, 24 kwietnia 2014

Czego zabrakło?









W komentarzach na blogu Krzysia Jopka pojawił się Pan Krzysztof  Kledzik , który wyraża swe wątpliwości itd. pod adresem miedzy innymi moich wpisów. Nie chcę Krzysiowi na blogu robić "tłoku" zatem postaram się wyłożyć jak najprecyzyjniej o co mi chodzi.
Warunkiem podstawowym do jakiegokolwiek zrozumienia powinna być nie koniecznie uprzejmość, szczególnie sztuczna mierzona brakiem wulgaryzmów ale rzetelność i prawdziwość a tych niestety Panu Krzysztofowi brak.
Dwa proste pytania. Jeśli odpowie Pan po ludzku to możemy dalej rozmawiać.
1) Co Pan ma do powiedzenia o wątku "niszczenia" zdolnych juniorów, szczególnie tych , którzy przekroczyli wiek 19 lat?. Wiele razy Pan o tym pisał i ignorował wszelkie pytania oraz wpisy na ten temat. Wspomnę konkretnie tu Wojtka Morandę.
2) Gdzie Pan był jak "flekowano" na blogu J.K Krzysia Jopka? Jesteście na Ty, znacie się i co? Tzw. krytyka a w istocie nagonka była bezpodstawna i dziecko by się zorientowało o co chodzi. Nie brał Pan udziału? No właśnie. A czemu, że zapytam?. Sprawa była czysta a nawet słowem Pan się nie odezwał. Nie piszę o protestach. Tylko o ludzkim słowie. Jednym zdaniu!.
Do tego potrzeba serca i "jaj".  Czego Panu zabrakło?





Z uporem maniaka










Swego czasu do Warszawy zupełnie prywatnie przyjechał Erich von Daniken . Przyjechał odwiedzić swego przyjaciela Waldemara Łysiaka. Ktoś z redakcji "Kultury" postanowił zaprosić "specjalistę od kosmitów" na towarzyskie spotkanie gdzie ostro go zaatakowano i "sponiewierano". Do tego wyrażono zdziwienie , że tak przytomny człowiek jak Łysiak wierzy w teorie Danikena. Łysiak sprostował, że są przyjaciółmi a w głoszone przez przyjaciela poglądy nie wierzy. Tym niemniej podobny zarzut pojawił się znowu na łamach innej gazety. Po trzecim razie Łysiak doszedł do wniosku, że nie ma sensu niczego prostować, ponieważ nie ma rady na głupotę.

W tych odległych czasach grałem kiedyś w meczu jako zawodnik "Anilany" Łódź przeciwko drużynie  łódzkiego "Startu" . Spotkanie ważne bo był to mecz ligowy. Przegraliśmy 8:0!
W Polskę poszła wiadomość, że podłożyliśmy się aby tym samym odwdzięczyć się za przejście do "Anilany" ze "Startu" Witka Balcerowskiego. Grałem w tym meczu jako junior i po zwykłej walce przegrałem z moim kolegą, wówczas dużo silniejszym ode mnie.
Dlatego przy każdej okazji, gdy mnie na turniejach zaczepiano odpowiadałem, że grałem w meczu i nie było żadnej podkładki. "Tak, tak musieliście jakoś się odwdzięczyć" padało zwykle w odpowiedzi.

Zdumiewające są mechanizmy myślenia. Gdy wdrukuje się pewne przekonanie to żadne fakty, żadne dowody nie są w stanie tego zmienić.   

Już kilka razy przeczytałem, że jestem zawodowym szachistą . Otóż nie jestem od bardzo dawna ale nie sądzę aby to coś zmieniło .

Przeczytałem też kilka razy, że pracuje etatowo w PZSzach. Też nie jest to prawda.

Najczęściej powtarzana jest mantra jakoby w MASZ uczono tylko końcówek . Ludzie, którym nawet nie przyszło do głowy aby wykonać jakikolwiek wysiłek i przeczytać, dowiedzieć się jak jest naprawdę "mantrują" tak na jednym z blogów co podaje "tylko prawdziwe wiadomości".
Trwa to już jakiś czas i nie widać aby komuś z tamtejszych Anonimowych "znawców" zebrało się
na myślenie inne niż życzeniowe.

Podobnie jest z oceną pracy Dworeckiego. Ten wybitny trener doczekał się już oceny człowieka z innej epoki czyli chyba "leśnego dziadka" czas powitać w naszym gronie. I on także zaleca studiowanie tylko końcówek. Część książek Dworeckiego została przetłumaczona na język Polski i nie ma w zasadzie żadnych przeszkód aby się dowiedzieć nad czym zaleca on pracować . Ale po co?
Łgarstwa są łatwiejsze. I wszyscy mają to samo "swoje" zdanie. Ciekawy jest także pogląd, że Dworecki jest trenerem kontrowersyjnym. Niby dlaczego?

Wreszcie najczęściej powtarzaną bzdurą jest "prawda o przeskakiwaniu debiutu" przez Carlsena.
Aby się przypodobać Panu J.K jego fani wrzucili do jednego worka wszystkich tych, którzy mają taką właśnie opinię o grze Carlsena. Kramnik, Gelfand i jeszcze jacyś tam inni kolesie niefortunnie się tak wyrazili. I to piszą frajerzy szachowi o czołówce światowej.!
Pomijam już, że jakiś czas temu zamieściłem na swym blogu obszerne i jak mi się wydaje nie pozostawiające wątpliwości wyjaśnienie tego zwrotu ( "przeskakiwania debiutu").
Co "przeskakuje" Carlsen
Bardzo długo było cicho aż tu zaczęto wyszydzać wszystkich tych, którzy głoszą takie teorie.W tym mnie wprost i "zza węgła"
Przy czym kompletnie bez zrozumienia istoty zagadnienia. Głupota czy celowe działanie? Nie wiem.
Ciekawostką jest jednak, że ,gdy "Slawomirus" objaśnił jak on to widzi to zachwytom nie było końca. Tylko, że w skrócie powtórzył on to co napisałem we wspomnianym wpisie!
Ciekawostka prawda?
No ale jak się człowiek uprze to wszystko wyprze z umysłu i nie ma rady na to.
Ciekaw jestem jak długo tak można "mantrować". Póki co końca nie widać...






poniedziałek, 21 kwietnia 2014

"Centralniejszym" sposobem





Skopiowałem z ImmortalChess



Tak nazywał Witek Balcerowski - mój trener grę w centrum szachownicy. Poniższa partia zafascynowała mnie jeszcze w czasach juniorskich. Znalazłem ja w książce Persica " Centr w szachmatnoj partii".http://sklep.caissa.pl/b-d-persic-rol-centra-w-szachmatnoj-partii-k-1117?search=Centr
Były to czasy, gdy o bazach partii nikt nawet nie myślał a i o książki szachowe było trudno. Partia ta otwierała niejako książkę i miała pokazać znaczenie centrum . I moim zdaniem pokazała to. Trudno zapomnieć walkę pionków na skrzydle z centralnymi, blokadę wolnych pionków i wreszcie finalną pozycję. 









wtorek, 15 kwietnia 2014

Na pierwszej linii ognia






Skopiowałem z "immortal chess"


Dla mniej zorientowanych w języku rosyjskim, rybak mówi do złotej rybki:" Żąda dla siebie jako trenera Kasparowa i aby był on u niej na posyłki".



W rozmowach z kolegami trenerami powraca temat braku odpowiedzialności za słowo przy ocenie wyniku adepta sztuki szachowej. Oceny są ostre, jednoznaczne i zaraz następuje biczowanie trenera , krytyka całego systemu szkolenia itd.
Co ciekawe najwięcej mają do powiedzenia Ci którzy nigdy nikogo nie trenowali, nie mają kategorii szachowej nawet .Ciekawym zjawiskiem jest też krytyka bez jakiejkolwiek wiedzy na temat okoliczności takiego a nie innego rezultatu partii czy całego turnieju. Tu można już używać sobie do woli!
Jeszcze inna odmiana to krytyka uskuteczniana przez tych, którzy 10 czy 15 lat temu przerwali pracę trenerską i nadal w ich mniemaniu są najmądrzejsi i w ogóle.
Słowem do krytykowania to jest wielu . Tak jak i do "cudownych" recept na wszystko.
Inny obraz, bardziej ludzki, odbiegający od modeli i wzorców zobaczy ten, który trenuje na co dzień dzieci w różnym wieku o rożnym stopniu zaawansowania i różnej motywacji .
Do tego należy jeszcze dodać oddziaływanie rodziców, innych instruktorów i trenerów.
Dzieci słuchają opinii o swoich oraz innych trenerach o innych partnerach. Niekiedy są to pogardliwe opinie pełne złości , jadu. I dzieci rosną w takich warunkach.
Intensyfikuje się to w warunkach napięcia turniejowego.
Można napisać, że nie powinno tak być, gdyż są to często zachowania negatywne, niszczące ale pomiędzy tym co jest a tym co powinno być zawsze jest różnica.
Wygodna jest pozycja kogoś kto często anonimowo używa sobie na wszystkich i wszystkim.
W jego mniemaniu jest bezkarny i może co chce napisać. Ostatnio przeczytałem na jednym z blogów kuriozalny komentarz anonima do wypowiedzi innego anonima zarzucający tamtemu ukrywanie swego nazwiska! 
To jest warte jakiejś nagrody!
Może złoty głąb?
Oczywiście "życzliwi" odbiorą to jako krytykę innych trenerów, opiekunów i rodziców , przypisującą im winę itd.
Nic bardziej mylnego. Od znajdowania winnych są specjaliści z innego blogu. Mają w tym wprawę i żadnych skrupułów .
Zwracam tylko uwagę na złożoną naturę zjawiska oceny.
Każdy ma prawo do swej oceny ale czy ma obowiązek?
To my trenerzy jesteśmy na pierwszej linii ognia i też nie zawsze wiemy jak rzeczy się mają.
To refleksje po lekturze blogów i  OOM ( Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży) w której wystąpiłem w roli trenera.
Na szczęście większość ludzi występujących w tym żywym obrazie ( OOM) potrafi zachować się i odezwać "ludzkim głosem".
"A wężowi biada".





wtorek, 1 kwietnia 2014

Wierz lecz najpierw sprawdź i zmierz




Pobrałem z Immortal Chess


Zjawisko jest znane  od dawna a mianowicie błędne rekomendacje w czasopismach i książkach debiutowych. Pomińmy celowe błędne rekomendacje, których  także było wiele. Były różne techniki wprowadzania w błąd. Przykładowo dawano diagram aby skupiał uwagę a błąd był wcześniej. Zwykle obraz diagramu zostawał w pamięci. 
Inne błędne rekomendacje mogą być związane z pospiechem w pisaniu książek czy artykułów teoretycznych. Czasem trudno dojść istoty zagadnienia bo autorzy niechętnie przyznają się do błędów.
Wyjątkowo zachował się Jan Timman , który odpisał Czytelnikowi wskazującemu na podstawkę figury w analizie.
Było to w czasach do komputerowych.
Czytelnik bardzo delikatnie zapytał jak to jest a Timman wyjaśnił , że pomylił się także w innym miejscu, podziękował za sprostowanie i nikt niczego nie stracił
Wydawałoby się, że wraz z pojawieniem się programów analizujących ten problem zostanie rozwiązany.
Jednak nie jest tak. 
Pojawiają się inne przypadki nie tyle błędnych co niezrozumiałych rekomendacji.
Proponuję ciekawy przypadek ze współczesnej książki debiutowej.
Halifman i Biezgodow napisali serię złożoną z 14 książek debiutowych o wspólnym tytule " Debiut biełymi po Anandu"
Jest to w założeniu kompletny zbiór rekomendacji dla białych po 1.e4.
Zainteresował mnie w tomie drugim rozdział traktujący o grze białego w Partii Hiszpańskiej. 
Książka ukazała się w roku 2005.






Byłem ciekaw co rekomenduje Halifman na Kontratak Marshalla. Okazało się, że poleca po 1.e4 e5 2.Sf3 Sc6 3.Gb5 a6 4.Ga4 Sf6 5.0-0 b5 6.Gb3 Ge7. 7.We1 0-0 8.h3 nie dopuszczając do głównej linii ataku czarnych.
Różni autorzy rekomendują różne linie ataku i obrony i to mnie specjalnie nie zdziwiło.
Dalej studiowałem rozwój wariantu na blisko 40 stronach.
Układ materiału jest skierowany od wariantów bocznych ku głównym zatem kluczowa pozycja znalazła się w ostatnim rozdziale. Ciekaw byłem ku czemu zmierzają starania autorów chcących polecić grającym białymi tak "delikatny" system. 
Poniższa partia była decydująca w ocenie całej gry białych:









W tym przypadku ocena pozycji jest słuszna tylko powstaje pytanie po co grający białymi miałby na nią iść skoro sam Kasparow niczego nie uzyskał poza symboliczną przewagą. 
Rzecz jasna gdzie indziej też może nie być przewagi ale może powstaje bardziej złożona pozycja z szansami na grę. W rekomendowanej pozycji nie daje się grać z szansami na wygraną.
Próbowałem oceniać tą pozycję na rożne sposoby ale rezultat był zawsze ten sam.
Dziś po latach używając najnowszych silników ocena pozycji jako absolutnie równej nie zmieniła się.
Oznacza to, że należy sprawdzać wszelkie zalecenia, gdyż bywa, że z różnych powodów są one albo błędne albo trudne do zaakceptowania.
Zatem po co taka rekomendacja? 



czwartek, 20 marca 2014

Trudny partner




Lajos Portich - trudny partner dla Petrosjana

Obserwując pojedynki Radka Wojtaszka z Jobavą przypomniałem sobie rozważania T..Petrosjana o trudnym przeciwniku zawarte w książce " Szachmatnyje lekcje Petrosjana". Fizkultura i sport Moskwa 1989
Rozważania tym ciekawsze, że Petrosjan będąc mistrzem świata także był, przynajmniej do czasu czyimś "klientem".
Poniżej fragmenty ze wspomnianej książki Petrosjana.

"Problem trudnego partnera nie jest nowy w szachach. Pojawia się nagle swego rodzaju brak akceptacji, odrzucenie jednego szachisty przez drugiego i jeśli znika, to tak samo tajemniczo jak się pojawił. Czym można objaśnić szachową sprzeczność dwóch osobowości, często spotykających się przy szachownicy?. Wydaje się, że tajemnicę tą chroni siedem pieczęci i spotykając się z tym zjawiskiem każdy szachista po swojemu próbuje rozwiązać ten problem. Jak ? Być może na to pytanie pomoże odpowiedzieć partia rozegrana przeze mnie w roku 1978 z trudnym dla mnie partnerem -  L. Portischem, 
        Na przestrzeni długich lat mojego życia szachowego najcięższym partnerem był dla mnie (i jest) węgierski arcymistrz Lajosz Portisch. Mijały lata, spotykaliśmy się w turniejach korzystnych dla jednego i nieprzynoszących sukcesów drugiemu. Niezmienne pozostawało jedno; każda partia z Portischem była dla mnie próbą. Liczne remisy przedzielane były porażkami. Co prawda porażek było nie tak wiele - tylko 4 w ciągu 13 lat, ale kilka razy byłem na krawędzi przegranej a wygrać nie udało mi się ani jednej partii.
        Gdy w meczu pretendentów w roku 1974 udało mi się zwyciężyć po raz pierwszy Portischa, wszystkie wydarzenia w tej partii wydawały mi się widzianymi w wyjątkowych barwach.

Byłem przekonany, że rozegrałem bardzo subtelną partię, zastosowałem ważną nowinkę, że Portisch przejawił wyjątkowy upór i pomysłowość w obronie. Jednakże później, gdy opadły emocje doszedłem do wniosku, że partia była dość przeciętna i w istocie walki w niej nie było. Bardzo możliwe że problem „trudnego” Portischa rozwiązałem, gdyż teraz, analizując nasze poprzednie spotkania, niekiedy mam wątpliwości czy w tekście partii nie zostały zamienione nazwiska grających. Czy jednak nie zniknie kiedyś w taki sam prosty sposób ten problem dla tych moich rywali, dla których wydaję się teraz trudnym partnerem ?."

W poniższej partii dodałem komentarze Petrosjana ze wspomnianej książki nieco je skracając z uwagi na to, że są zbyt obszerne jak na potrzeby bloga i moje możliwości czasowe aby je w całości przetłumaczyć.









Jak zwykle praktyczny Botwinnik zalecał aby "oswoić" się z trudnym partnerem remisując z nim kilka partii a następnie "ośmielić" się i ewentualnie wygrać. Zwykle obserwuje zjawisko przełamywania złej pasji na siłę co prowadzi na ogół do dalszego zapadania się.



wtorek, 11 marca 2014

Z życia Młodzieżowej Akademii Szachowej(4)








Biorąc pod uwagę "wiek" MASz  Wojciech Moranada współpracuje z Akademią od niedawna. 
Zmiany w składzie trenerskim są bardzo powolne ale są ku temu określone przyczyny.O doborze kadry trenerskiej pisałem już na blogu MASz1
Dodam, że nie jest łatwo znaleźć kandydatów spełniających podane w linku kryteria.
W czasie rozmowy telefonicznej zadałem Wojtkowi  kilka pytań dotyczących jego drogi życiowej i współpracy z Akademią.  Zainteresowało mnie czemu  tak zdolny junior nie poszedł w kierunku zawodowych szachów.                                                                                                                                        
Oto fragmenty wypowiedzi Wojtka:

"Szachy szachami a życie życiem. Ukończyłem studia prawnicze. Jestem zadowolony z tego co robię. Pracuję w kancelarii adwokackiej, piszę książkę i szkolę młodzież. Myślę, że wielu mogłoby pozazdrościć mi tego co robię"

"Akademia Szachowa dała mi bardzo wiele. Kierunek w którym mam pracować i zapał do tejże pracy. Po każdej sesji czułem się bardzo zmotywowany do samodzielnej pracy.".

"Wiele z tego co sam jako junior zobaczyłem w Akademii wykorzystuję teraz jako wykładowca. Chodzi mi o metody pracy z młodzieżą"

Nie są to dosłowne cytaty bo nie taki miałem zamiar. Chodziło mi o oddanie klimatu rozmowy i sensu wypowiedzi.

Widać zatem, że Wojtek wybrał świadomie swoja drogę w życiu. I wygląda na człowieka zadowolonego z tego wyboru.
Szachy profesjonalne w Polsce zapewne na tym straciły ale nie nam oceniać wybór drogi życiowej innego człowieka, zwłaszcza, gdy widać, że jest on usatysfakcjonowany swym wyborem. To decyzja, która należy tylko do niego.

Wielu młodych ludzi tak wybrało i wiem z rozmów z nimi, że jest to wybór świadomy . Dotyczy to ich życia i należy tylko odnotować taką tendencję niezależnie od tego czy mi się to podoba czy nie.
Ważne, że pozostają w takiej czy innej formie przy szachach. I ta pasja jest jak dla mnie najważniejsza.




czwartek, 6 marca 2014

Delikatna kobieca dłoń...








Zbliża się 8 marca czyli stare dobre święto z czasów PRL -u.
Pierwszy sekretarz spotykał się z delegacją kobiet , wręczał kwiatki i mówił o "znaczącej roli kobiet w społeczeństwie". A małżonka Pierwszego ucinała sobie dłuższą pogawędkę z tą delegacją . "Wymieniano poglądy o bolączkach" itd.
Nakreśliłem ten znany wielu z nas obraz aby na tym tle pokazać pewne szersze zjawisko.
Na wszelkiego rodzaju zgrupowaniach juniorskich dziewczęta zawsze stanowiły mniejszość a czasem nawet były to proporcje tylu 12:3 na "korzyść" chłopców.
I nie to było porażające ale pogardliwy , rzekłbym "azjatycki" stosunek do płci pięknej.
Wiele czasu poświęciłem na zgrupowaniach aby przynajmniej w trakcie ich trwania ukrócić ten proceder. 
Jak to często bywa metoda "na wprost" nie zawsze skutkowała.
Na jednym ze zgrupowań w Obrze poświęconych Obronie Sycylijskiej wpadłem na pewien sposób, odwołując się do szachów.
Po kolejnej serii ataków juniorów na milczące i niewyraźnie uśmiechające się koleżanki przerwałam wywody co bardziej wygadanych i pokazałem poniższą partię:







Oczywiście padło pytanie "kto grał i kto wygrał?" ale wyjawiłem tylko grającego czarnymi Ananda i zaproponowałem  zagadkę. Zagadki są lubiane prawie przez wszystkich więc była pełna aprobata. 
Po zakończeniu pokazu, gdy nikt nie mógł sobie skojarzyć kto mógłby grać białymi i tak rozgromić Ananda pozostały w zasadzie 2-3 typy a mianowicie Kasparow, Szirow, może Kramnik. Powiedziałem jaki było naprawdę i nikt z chłopców nie chciał uwierzyć. Nawet po okazaniu książki z zapisem partii patrzyli na mnie podejrzliwie.
Kręcili głowami i zastanawiali się jak to możliwe aby kobieta dała takiego łupnia Anandowi.
Po tym wszystkim stanowczo życzyłem sobie aby skończyć z dręczeniem i zostałem wysłuchany.
Nie zamierzam dociekać natury tego zjawiska . Nie taki mam cel. 
Wykorzystując okazję składam Kobietom Najlepsze Życzenia Wszelkiej Pomyślności!
A tym grającym w szachy aby grały co najmniej tak jak J. Polgar w tej partii.
Dodam , że nie było to jedyne zwycięstwo J.Polgar  nad Anandem...




poniedziałek, 3 marca 2014

Niełatwa sztuka przygotowania do partii











Z mojej wieloletniej praktyki jako zawodnika i trenera wiem jak trudne zadania stają niekiedy przed przygotowującymi się do partii. Jest tak wiele czynników , zmiennych, że niekiedy  trudno jest rozwikłać tą łamigłówkę. 
Zobaczmy na przykładzie partii z turnieju w Tata Stell .
Partia a raczej wybór wariantu debiutowego wzbudził szereg kontrowersji.
Postaram się przynajmniej niektóre momenty ukazać w świetle tego co mi mówił trener J.K.Dudy - Leszek Ostrowski.










Celowo nie dawałem komentarzy do stadium debiutowego. Wybór tak spokojnego wariantu jak d3 był świadomy i wynikał z analizy stylu gry Anny Muzyczuk oraz aktualnej formy sportowej zarówno Janka jak i przeciwniczki. Można nazywać 5.0-0 kontynuacją bardziej pryncypialną ale niewiele z tego  wynika. Jest tam więcej szans na otwartą grę tylko dla kogo byłoby to wygodniejsze?
W zależności od konkretnych okoliczności wybiera się taką lub inną kontynuację. Najczęściej ocena jest łączona z rezultatem. Tak postępuje nadal wielu komentatorów. Gdyby Janek zagrał 5.0-0 i przegrał to zapewne "spokojne 5.d3 byłoby lepsze".
Janek uzyskał niewielką przewagę, choć trudno przypuszczać aby była ona możliwa do realizacji.
Jak jednak uzyskać przewagę większą od tej przeciwko Annie Muzyczuk?
Dodam jeszcze, że Janek grywał zarówno 5.d3 jak i 5.0-0.

Bardzo ważnym czynnikiem przy ocenie przygotowania jest bezpośrednia obecność trenera na zawodach. Wprawdzie współczesne "cuda" komunikacji pozwalają zarówno słyszeć jak i widzieć rozmówcę ale tylko w czasie rozmowy. Codzienna obecność, obserwacja podopiecznego, jego nastrojów jest niezbędna przy wyborze takiej a nie innej strategii. I tego bezpośredniego kontaktu nic nie może zastąpić. Leszek Ostrowski był tam ze swym podopiecznym i uważam, że można a nawet trzeba mieć zaufanie do ich wspólnej pracy bo wyniki Janka wskazują, że idzie w dobrą stronę. Należy także brać pod uwagę, że wybór strategii może być błędny ale nie sądzę aby to miało miejsce w tym przypadku.




czwartek, 27 lutego 2014

Wyprzedziłem Kasparowa!?







Świeże spojrzenie na pozycję




Przedstawione poniżej partie mają podobny przebieg aż do 16 pos. W znanym w owym czasie wariancie Obrony Grunfelda przyszło mi grać przeciwko arc. Schmidtowi. Dziwne okoliczności poprzedziły tą grę. Zwykle na turnieju około 2-3 godziny szlifowałem warianty, zwłaszcza , gdy miałem do czynienia z tak uzbrojonym teoretycznie partnerem jak Włodek. Tym razem jednak po obiedzie zapadłem w sen i obudziłem się tuż przed rundą. Grałem rozluźniony, dość szybko i pewnie. 









A osiem lat później zobaczyłem taką partię:









Wygląda na to, że wpadłem na pomysł pos. Wf8  wcześniej niż Kasparow! 
Jednak nie jest to wcale odosobniony przypadek. Wiele partii nie trafia do baz stąd całkowitej pewności nie można mieć. Wystarczy mi jednak satysfakcja!
Okazuje się, że w pewnych okolicznościach można wymyślić ciekawe idee. 
Niestety nie byłem wtedy na tyle czujny aby potraktować sen przed partią jako formę przygotowania.
Słyszałem, że mm. Kazimierz Plater miał zwyczaj snu bezpośrednio przed partią.
Niezależnie od stopnia znaczenia snu przed samą partią, świadczy to o zdrowym systemie nerwowym . Gdy czytałem książkę Zagajnowa " Parażienije" to zwróciłem uwagę na powtarzające się u Karpowa problemy z zasypianiem w czasie meczu z Shortem. W zasadzie nic nie pomagało i A. Karpow zasypiał nie wcześniej niż o 4-5 nad ranem